niedziela, 30 września 2018

Charye - koreański rytuał ku czci zmarłych przodków


W ostatni poniedziałek, w koreańskie Święto Dziękczynienia (Chuseok), miałem po raz pierwszy okazję uczestniczyć w rodzinnej uroczystości ku czci zmarłych przodków, czyli charye (차례). Z tego co wiem, cudzoziemców którzy brali udział w charye nie ma zbyt wielu. Nie znalazłem też żadnego polskiego opisu tego rytuału. Pora więc na uzupełnienie tej informacyjnej luki!

Stół do charye - w miarę podobny do naszego. Źródło

Zgodnie z koreańskimi wierzeniami, po śmierci duchy przodków towarzyszą swoim żyjącym krewnym przez cztery kolejne pokolenia. W tym czasie zmarli nadal traktowani są jak członkowie rodziny i zapraszani do wspólnego stołu podczas dwóch najważniejszych świąt w ciągu roku – Lunarnego Nowego Roku (Seollal) oraz Święta Dziękczynienia (Chuseok).

Zwyczajowo, charye odbywa się w domu krewnych z „najstarszej” gałęzi rodziny. W przypadku naszej rodziny jest to dom naszego kuzyna – najstarszego syna nieżyjącego już najstarszego brata mojego teścia. W uroczystościach ku czci przodków biorą udział krewni płci męskiej wraz z ich rodzinami. Krewne płci żeńskiej – jak chociażby młodsza siostra mojej żony – uczestniczą w chraye ku czci przodków swoich mężów (chyba, że mąż jest cudzoziemcem...). Charye odbywa się bardzo wcześnie rano, przed śniadaniem. W wielu domach, mężczyźni i kobiety zakładają tradycyjny odświętny strój, czyli hanbok; w naszej rodzinie obowiązuje jednak styl business-casual.

Podczas charye centralną rolę pełni specjalnie nakryty stół ofiarny. W domu naszego kuzyna znajduje się on w małym pokoju, do którego podczas rytuału charye mają wstęp wyłącznie mężczyźni. Stół do charye powinien być zawsze ustawiony przy ścianie zwróconej na północ. Na ścianie za stołem zawieszone są ozdobne plansze z cytatami z ksiąg konfucjańskich. Do plansz przymocowane są chibang (치방) – paski papieru na których wypisano nazwiska zmarłych przodków z ostatnich czterech pokoleń, ich tytuły oraz miejsca urodzenia. U szczytu stołu do charye stawia się dwie zapalone świece. U stóp stołu znajduje się natomiast niewielki stolik z podstawką na kadzidełka, a obok niego, na podłodze – dzbanek z winem ryżowym i metalowa miska.

Na stole znajduje się również jedzenie, przy czym sposób ułożenia poszczególnych potraw nie jest przypadkowy. Tuż przy samej ścianie (czyli na zwróconym na północ brzegu stołu – tym, przy którym zgodnie z wierzeniami zasiądą zmarli przodkowie) ustawiane są cztery miseczki z gotowanym ryżem z tegorocznego zbioru, cztery miseczki z bulionem oraz cztery czarki na wino ryżowe. Cyfra cztery nie jest przypadkowa – symbolizuje cztery pokolenia zmarłych, którym poświęcony jest rytuał. W kolejnym rzędzie znajdują się półmiski z jeon (smażonymi plackami z mięsnym i warzywnym nadzieniem), jajkami na twardo, pieczonymi rybami i gotowaną ośmiornicą (wszak jesteśmy nad morzem). Kolejny rząd to ugotowane warzywa sezonowe i kiełki fasoli mung. W ostatnim rzędzie (na południowym krańcu stołu) ułożone są owoce (wśród których obowiązkowo muszą znaleźć się jabłka, koreańskie gruszki bae, jadalne kasztany i owoce jujuba), songpyeon (ciastka ryżowe tradycyjnie przygotowywane na święto Chuseok) i inne słodycze. Wszystkie znajdujące się na stole potrawy uszeregowane są też pod względem koloru – tak, by te w białym kolorze znalazły się na zachodnim krańcu stołu, a te zabarwione na czerwono – na wschodnim. Nie stole do charye nie stawia się jednak tradycyjnych koreańskich potraw o żywoczerwonym zabarwieniu, np. kimchi; według wierzeń, kolor czerwony ma bowiem odstraszać duchy.

Nasze rodzinne charye rozpoczęło się od rytuału kangsin (강신) – zaproszenia przodków do stołu. Najstarszy żyjący krewny z najstarszej gałęzi rodziny (czyli nasz kuzyn) uklęknął przed stołem ofiarnym i zapalił kadzidełka. Następnie jego młodszy brat podał mu kolejno cztery czarki na wino ryżowe. Po napełnieniu winem i trzykrotnym oczyszczeniu w kadzidlanym dymie, czarki zostały ponownie ustawione na swoim miejscu na północnym krańcu stołu. Następnie najstarszy kuzyn pokłonił się trzykrotnie zmarłym przodkom – dwukrotnie na klęczkach, dotykając czołem dłoni ułożonych na podłodze, a następnie raz na stojąco. Wraz z nim, pokłonili się przodkom wszyscy pozostali członkowie rodziny, zgromadzeni w sąsiednim pokoju. W ten sposób złożona został pierwsza ofiara, choheon (초헌).

Druga ofiara, aheon (아헌), składana była przez mojego teścia. Po wylaniu wina ryżowego z czterech czarek do ustawionej na podłodze miski, teść napełnił je ponownie, oczyścił w trzykrotnie kadzidlanym dymie i podał asystującemu mu kuzynowi, który umieścił je na stole. Na stole, na półmiskach z potrawami, ułożone zostały też – po uprzednim okadzeniu – cztery komplety pałeczek. Po trzykrotnym pokłonie przyszedł czas na trzecią, ostatnią ofiarę, jongheon (종헌), którą… składałem ja! Oprócz kolejnego rytuału opróżniania i ponownego napełniania czarek winem ryżowym, trzecia ofiara obejmowała również okadzenie czterech łyżek, które następnie asystujący mi kuzyn wbił pionowo do czterech czarek z gotowanym ryżem. Rytuał ten, stanowiący sygnał do rozpoczęcia „uczty” przodków, nosi nazwę sapsi (삽시). Po trzykrotnym pokłonie, obaj opuściliśmy pokój, zamykając za sobą drzwi, by umożliwić zmarłym spożycie ofiarowanego im posiłku, czyli yusik (유식).

Przez cały czas gdy drzwi pozostawały zamknięte, wszyscy członkowie rodziny klęczeli na podłodze w tradycyjnym pokłonie. Po kilku chwilach, na sygnał naszego taty (trzykrotne kaszlnięcie), drzwi zostały otwarte. Kuzyni zastąpili czarki z zupą naczyniami z wodą, do których przełożyli po łyżce ryżu z każdej z miseczek, symbolicznie kończąc w ten sposób posiłek zmarłych. Następnie najstarszy kuzyn, klęcząc przed stołem ofiarnym, spalił kartki na nazwiskami przodków, odsyłając ich tym samym w zaświaty. Na pożegnanie, wszyscy członkowie rodziny złożyli zmarłym dwukrotny pokłon na klęczkach.

Po pożegnaniu zmarłych, przyszedł czas na posiłek żyjących. Wszystkie potrawy ofiarowane podczas charye zostały przeniesione do sąsiedniego pokoju, gdzie wspólnie zasiedliśmy do świątecznego śniadania.

Tak wyglądało nasze rodzinne charye. Z tego co wiem, nie ma żadnych ścisłych reguł odnośnie tego jak ma przebiegać ten rytuał. Potrawy ustawione na stołach do charye odzwierciedlają regionalne czy nawet rodzinne upodobania. Bywają rodziny, w których ofiary przodkom mogą składać zarówno mężczyźni jak i kobiety. W niektórych domach opisane przeze mnie rytuały są powtarzane kilkakrotnie – osobno dla każdego pokolenia zmarłych przodków czy nawet dla poszczególnych osób. W innych, których mieszkańcy są chrześcijanami (w 1939 r. kościół katolicki dopuścił sprawowanie charye jako ceremonii niereligijnej), rytuały mają formę uproszczoną, bez składania zmarłym pokłonu. Wreszcie, są domy w których – najczęściej z wygody – praktykowania charye zupełnie zaniechano.

niedziela, 8 kwietnia 2018

"Polak w Seulu" skończył dwa lata!


Nie wiem jak u Was, ale u mnie czas pędzi nieubłaganie. Dopiero co przenosiłem się do Korei i zakładałem tego bloga, a tu nagle okazuje się, że „Polak w Seulu” skończył w ostatni piątek dwa lata! Wszystkiego najlepszego Polaku w Seulu 🎈


Są urodziny, musi być tort!

Trochę się w międzyczasie pozmieniało… Technicznie, od mniej więcej roku „Polak w Seulu” powinien być „Polakiem w Pohang”. Ale skoro marka się przyjęła, to po co ją zmieniać? Zresztą odkąd wyprowadziliśmy się z Seulu, okazało się że jesteśmy tam potrzebni dużo częściej niż gdy byliśmy przez cały czas na miejscu 😈 Więc może jednak wciąż jestem Polakiem w Seulu?

Z innych nowości, od paru miesięcy oprócz bloga funkcjonuje też jego fanpage na Facebooku oraz profil na Instagramie – ten ostatni dedykowany przede wszystkim koreańskiej kuchni.


Bo najlepsze jedzenie jest na Instagramie...

Ale przede wszystkim, przez te dwa lata pojawiliście się Wy – moi Czytelnicy! Zakładając tego bloga, myślałem że będzie on adresowany głównie do moich Znajomych z Polski. Nie doceniłem siły Internetu! Dzięki pisaniu, zyskałem dużo nowych Znajomych i to bynajmniej nie wyłącznie z Polski czy z Korei. Fajnie że jesteście – dziękuję! 💐

Pewnie niewielu z Was miało okazję przeczytać ten pierwszy, historyczny wpis:



Tak było... dwa lata temu!

Zarzekałem się w nim, że „Polak w Seulu” będzie blogiem subiektywnym, ale zboczenie zawodowe okazało się silniejsze ode mnie… Staram się więc trzymać faktów i pokazywać Wam Koreę taką jaka naprawdę jest. W rezultacie, przygotowanie niemal każdego spośród tych 120 wpisów które się dotychczas ukazały, to godziny a czasem dni poszukiwań i weryfikowania informacji z różnych źródeł, a także nieustanne nękanie pytaniami mojej żony i teściów. Nie dziwcie się więc, że nie piszę codziennie. Obawiam się, że mój blog nigdy nie będzie dziennikiem – chyba, że dziennikiem kompulsywnym, w którym po miesiącu codziennych wpisów będą następowały dwa miesiące kompletnej ciszy. 😆 

Ale po każdej przerwie – jak długa by nie była – wracam! I oby tak dalej. Do miłego!

piątek, 16 marca 2018

Bibimbap


Bibimbap (비빔밥) to chyba jedna z najlepiej znanych potraw kuchni koreańskiej. Nazwę tego dania można przetłumaczyć dosłownie jako „wymieszany ryż”. Bo faktycznie, w skład bibimbap wchodzi gotowany ryż, który tuż przed jedzeniem miesza się z różnymi dodatkami i doprawia pikantną pastą gochujang oraz olejem sezamowym. Jednak wbrew pozorom, bibimbap nie jest zwykłym jednogarnkowym daniem!

Bibimbap jest nie tylko smaczny, ale i... kolorowy

Choć nazwy bibimbap zaczęto używać dopiero na początku XX wieku, potrawa ta znana była już kilkaset lat wcześniej, na początku panowania dynastii Joseon. Nazywano ją wówczas goldongban, co w języku sinokoreańskim oznaczało ryż wymieszany z różnymi dodatkami. Danie to było popularne wśród wszystkich grup społecznych – zarówno rządzących jak i biedoty.


Koreańczycy są tak dumni z bibimbap, że serwują go nawet na pokładach samolotów

Skąd wziął się bibimbap? Jak zwykle, istnieje na ten temat więcej niż jedna teoria 😈 Według jednej z nich, po zakończeniu charye, czyli domowych uroczystości ku czci zmarłych przodków, odprawianych m.in. w Lunarny Nowy Rok (Seollal) i w Święto Dziękczynienia (Chuseok), ich uczestnicy zjadali ryż wymieszany z pozostałymi potrawami ze stołu ofiarnego. Według kolejnej teorii, wchodzenie w nowy rok z resztkami zeszłorocznych potraw nie było dobrą wróżbą; dlatego w przededniu Seollal Koreańczycy zjadali je wymieszane z ryżem. Zgodnie z jeszcze jedną teorią, bibimbap został wymyślony przez rolników, którzy w okresie intensywnych prac polowych nie mieli czasu na przygotowanie bardziej wyszukanych posiłków.


Do bibimbap można dodać wszystko, np. mięso (różowa masa) i... przewód pokarmowy kraba (szara masa)

Jak już wspomniałem, nieodzownym składnikiem bibimbap, od którego zresztą wziął on swoją nazwę, jest ryż, bap (밥). Podaje się go w towarzystwie świeżych lub blanszowanych warzyw, grzybów, kimchi, kiełków fasoli lub soi, suszonych wodorostów, orzechów i nasion, smażonego jajka, mięsa, sashimi, owoców morza, rybiej ikry, tofu… i tak mógłbym wymieniać w nieskończoność. Spoiwem łączącym wszystkie te składniki jest pikantna pasta gochujang. Oprócz niej, do bibimbap dodaje się również odrobinę oleju sezamowego, a czasem także sos sojowy bądź pastę z fermentowanej soi, doenjang.


Dolsotbibimbap, czyli bibimbap w gorącym kamiennym naczyniu

Oczywiście nikt nie łączy ze sobą wszystkich wymienionych przeze mnie składników w jednym daniu! Zwykle bibimbap przygotowywany jest z kilkoma, góra kilkunastoma dodatkami. Ważne jest natomiast, by pozostawały one ze sobą w harmonii, zgodnie z konfucjańską teorią pięciu przemian. W myśl tej koncepcji, składniki o zielonym zabarwieniu (np. szpinak i sałata) symbolizują drzewo, wschód, wiosnę, wątrobę i pęcherzyk żółciowy, czerwone lub pomarańczowe (np. marchew, gochujang) – ogień, południe, lato, serce i jelito cienkie, żółte (np. jajko) – ziemię, środek, późne lato, śledzionę i żołądek, białe (np. ryż i kiełki fasoli) – metal, zachód, jesień, płuca i jelito grube, a ciemno zabarwione (np. kim, gosari i grzyby shitake) – wodę, północ, zimę, nerki i pęcherz moczowy.


Ggomakbibimbap z mięsem tzw. krwawych małży

Zwykle wszystkie składniki bibimbap podaje się razem w jednej misce, często metalowej. Wypełnia się ją ugotowanym ryżem, który dekoruje się wszystkimi pozostałymi składnikami. Bywa też, że ryż i pozostałe dodatki są serwowane osobno. Czasem zamiast w zwykłej misce, bibimbap przygotowywany jest w rozgrzanym kamionkowym naczyniu, dolsot (돌솥). Dzięki temu danie, od nazwy naczynia zwane dolsotbibimbap (돌솥비빔밥), „dochodzi” na stole, a ryż jest przypieczony i chrupiący.


Kolejne wcielenie dolsotbibimbap

W menu koreańskich restauracji oprócz „zwykłego” bibimbap znajdziecie cały szereg jego odmian, np. hoedeopbap (회덮밥) – z dodatkiem sashimi, jeyukdeopbap (제육덮밥) – ze smażoną pikantną wieprzowiną, czy saessakbibimbap (새싹비빔밥) – z kiełkami. W naszym mieście królują owoce morza – nic więc dziwnego, że oprócz klasycznych odmian bibimbap podaje się tutaj ggomakbibimbap (꼬막비빔밥) – z mięsem tzw. krwawych małży, a także dwie odmiany dolsotbibimbap: guldolsotbap (굴돌솥밥) – z ostrygami, oraz nakjidolsotbap (낙지돌솥밥) - z małymi ośmiorniczkami, nakji. Z kolei mnisi buddyjscy specjalizują się w wegetariańskiej odmianie bibimbap z dodatkiem zbieranych w lesie roślin i kiełków. To sanchaebibimbap (산채비빔밥). Macie szansę go spróbować, jeśli odwiedzicie którąś z buddyjskich świątyń w Seokgatansinil - rocznicę urodzin Buddy.


Hoedeopbap, czyli bibimbap z sashimi - tym razem dodatki podane osobno

Najsłynniejszy koreański bibimbap podawany jest w mieście Jeonju, w stolicy prowincji Jeolla Północna. Czym wyróżnia się Jeonju bibimbap (전주비빔밥)? Po pierwsze, ryż z którego jest przygotowywany gotuje się nie w wodzie, lecz w bulionie. Po drugie, zamiast smażonej wołowiny dodaje się do niego tatar wołowy, yukhoe (육회) z surowym jajkiem. Po trzecie, w skład Jeonju bibimbap wchodzi nie kilka czy kilkanaście, lecz nawet kilkadziesiąt dodatków, w tym podobno najbardziej chrupiące w całej Korei kiełki z lokalnej odmiany fasoli. Wszystko to sprawia, że bibimbap z Jeonju jest co najmniej dwa razy droższy niż prostsze wersje tego dania, a i tak tłumy Koreańczyków i turystów z całego świata podróżują rokrocznie w dół Półwyspu Koreańskiego, by skosztować tego lokalnego przysmaku. Bibimbap z Jeonju cieszy się tak dużą popularnością, że rokrocznie pod koniec października w tym mieście odbywa się dedykowany mu Jeonju Bibimbap Festival (전주비빔밥축제).


Jeszcze jedna wariacja na temat hoedeopbap - tym razem z tuńczykiem i natto

Ale żeby zjeść dobry bibimbap, niekoniecznie trzeba podróżować do Jeonju. Ba, zwykle nie trzeba nawet wychodzić z domu! „Obowiązkowe” składniki tego dania - ryż, gochujang i olej sezamowy – są zawsze dostępne w każdej koreańskiej kuchni. A reszta to już tylko i wyłącznie kwestia kreatywności… Wiedzą o tym dobrze wielbiciele K-dramas. Gdy jeden z głównych bohaterów lub bohaterek pogrąża się w rozpaczy (najczęściej z powodu nieszczęśliwej miłości), zwykle stroni od ludzi i zaszywa się w domu, ubrany/ubrana w rozciągnięty dres lub piżamę. Przed niechybną śmiercią głodową ratuje go/ją wówczas yangpunbibimbap (양푼비빔밥), czyli bibimbap przygotowany naprędce z dostępnych składników wymieszanych w wielkiej metalowej misce, yangpun (양푼). Yangpunbibimbap to także ratunek dla eterycznych Koreanek, które na randkach ze swoim ukochanym powstrzymują się na siłę od tak prozaicznych i przyziemnych kwestii jak jedzenie. Nie dożyłyby do kolejnej randki, gdyby po powrocie do domu, w środku nocy nie wchłonęły wielkiej michy yangpunbibimbap! Zresztą, zobaczcie sami:



Czy po przeczytaniu tego wszystkiego wciąż myślicie, że bibimbap to po prostu zwykły ryż z dodatkami? 😉

wtorek, 13 marca 2018

W zdrowym ciele…


Czy już wspominałem, że w Korei żyje się w ciągłym biegu? Chyba tak, ale jeśli nie, to niniejszym wspominam: w Korei żyje się w ciągłym biegu. A do takiej gonitwy trzeba mieć kondycję. Dlatego Koreańczycy nieustannie ćwiczą. Od rana do wieczora, a bywa że i w nocy. Od dzieciństwa do późnej starości. Na zorganizowanych zajęciach w klubach sportowych, lub na wolnym powietrzu – z własnej niczym nie przymuszonej woli.

Tak wygląda większość plenerowych siłowni w Korei... Źródło

Czy to w Seulu czy w Pohang, kluby sportowe, zwane tutaj helseujang (헬스장), można znaleźć dosłownie na każdym rogu. Fakt, że często bankrutują, ale w ich miejsce natychmiast pojawiają się nowe. Z reguły czynne przez całą dobę i z reguły zatłoczone. Bladym świtem pełno w nich ludzi którzy postanowili poćwiczyć przed pracą. Po ósmej pojawiają się gospodynie domowe, bo dzieci i mężowie nakarmieni i wyprawieni do szkoły/pracy, więc można poćwiczyć. Wczesne popołudnie to pora emerytów. Po nich pojawia się młodzież szkolna, a potem ci którzy nie zdążyli poćwiczyć przed pracą, więc wpadli po. A że w Korei pracuje się do późna, to o północy wciąż jest tłoczno… Ale to jeszcze nic, swoje kluby sportowe, dostępne wyłącznie dla mieszkańców, ma też większość osiedli. Ten na naszym osiedlu do najmniejszych się nie zalicza, a wyposażenia mogłoby mu pozazdrościć większość sieciowych fitness centers – czy to w Korei, czy w Polsce. A że opłata za wstęp to równowartość 15 zł miesięcznie, to nie ma się co dziwić że od rana do wieczora ktoś ćwiczy.

A jeśli komuś nie odpowiada klub sportowy pod dachem, może odwiedzić plenerową siłownię. W Korei są one dosłownie wszędzie. Na naszym osiedlu jest ich co najmniej pięć, a w najbliższej okolicy przynajmniej kilkanaście. Nie dalej niż tydzień temu wybraliśmy się na spacer po okolicznych górach. Na jednym ze szczytów, w środku lasu zobaczyliśmy… kolejną plenerową siłownię, bynajmniej nie małą i pełną rączo ćwiczących emerytów. Koreańskie siłownie nigdy nie świecą pustkami, o nie! Kiedyś w upalne lato, przed położeniem się spać wybraliśmy się na spacer wokół jeziorka położonego może 500 metrów od naszego osiedla. Mimo, że dochodziła północ, w znajdującej się tuż nad wodą plenerowej siłowni ćwiczyło kilkanaście osób!


Nasza osiedlowa siłownia - pusta tylko dlatego, że zdjęcie robiłem trzy dni po trzęsieniu ziemi...

Co ciekawe, przy całym swoim zamiłowaniu do sportu, Koreańczycy stosunkowo rzadko biegają na otwartym powietrzu – zdecydowanie preferują bieżnie mechaniczne. Być może z obawy przed rowerzystami? W Korei na rowerach jeździ się praktycznie przez cały rok, a w szczycie sezonu przemieszczanie się po najbardziej uczęszczanych ścieżkach rowerowych, np. wzdłuż rzeki Han w Seulu, nierzadko kończy się kolizją. Koreańczycy mają bowiem w głębokim poważaniu wszelkie zasady ruchu kołowego i zawsze chcą być pierwsi!

Jeśli nie siłownia czy rower, to zostaje jeszcze golf. Koreańczycy mają na tym punkcie obsesję, przy czym w golfa grają nie tylko szacowni biznesmeni, ale dosłownie wszyscy: od młodzieży po emerytów, od szefów firm po gospodynie domowe. Na naszym osiedlu mamy do dyspozycji salę do screen golfa (czymkolwiek by to nie było), a zarówno w Seulu jak i w Pohang krajobraz szpecą dziwne konstrukcje przypominające wysokie na kilka pięter gigantyczne woliery dla ptaków. To tzw. driving ranges, czyli strzelnice golfowe, w których ćwiczy się zamachy i uderzenia. Czynne przez siedem dni w tygodniu, od rana do późnej nocy i przez cały czas pełne graczy…


Ta dziwna konstrukcja to driving range do trenowania uderzeń golfowych. Źródło

A jeśli kogoś nie interesuje sport prawie wyczynowy, to przecież może wybrać się na spacer! Wiosną, latem, jesienią i zimą Koreańczycy w różnym wieku, oczywiście ubrani w profesjonalne stroje do trekkingu (sklepów z tego typu odzieżą jest w Korei równie dużo jak designer shops), w nieodłącznym kapeluszu lub daszku przeciwsłonecznym i z twarzą osłoniętą szczelnie od słońca i wiatru (z reguły widać tylko oczy, tzn. okulary przeciwsłoneczne 😎), maszerują rączo nadmorskimi promenadami, wędrują po leśnych ścieżkach i wspinają się na górskie szczyty.

Jak już wspomniałem, ćwiczą wszyscy – niezależnie od wieku. Codziennie po lekcjach pod szkoły przyjeżdżają specjalne żółte autobusiki, które zabierają dzieci na dodatkowe zajęcia sportowe – najczęściej do akademii taekwondo lub do szkółek baseballowych. Ich matki i ojcowie ćwiczą przed pracą lub po pracy, w przerwie pomiędzy przygotowaniem śniadania i obiadu lub w przerwie na lunch. A emeryci chyba głównie ćwiczą… Chociażby moi teściowie, oboje w okolicy siedemdziesiątki. Teść codziennie rano z grupą swoich rówieśników wspina się na górę obok domu, gdzie razem ćwiczą (a przynajmniej tak twierdzą). A teściowa raz w tygodniu uczęszcza na jogę do centrum dla seniorów. I bynajmniej nie jest to joga dla początkujących! 😈 A w przerwach między tymi zajęciami teściów też wcale niełatwo zastać w domu. Choć mieszkamy niecałe pięć kilometrów od siebie, wpadanie od tak na obiadek do mamy i taty obarczone jest dużym ryzykiem pocałowania klamki. Lepiej zadzwonić, bo być może właśnie z grupą znajomych wspinają się na któryś ze szczytów górskich w zupełnie innej części kraju lub penetrują podziemne tunele w strefie zdemilitaryzowanej na pograniczu z Koreą Północną…

I czy po przeczytaniu tego tekstu dziwicie się, że choć nie ma u nas prawdziwej zimy, to koreańska reprezentacja zdobyła na olimpiadzie w Pyeongchang siedemnaście medali, nie dwa? Albo, że średnia długość życia koreańskich mężczyzn i kobiet wynosi obecnie odpowiednio blisko 80 i ponad 85 lat? Można?!?

piątek, 9 marca 2018

Śmiercionośne potrawy


Czasem mówimy, że jakaś potrawa jest tak smaczna, że dalibyśmy się za nią zabić. A co z daniami, które choć być może smaczne, mogą również zabić? Na światowej liście TOP-10 takich potraw znajdują się dwie, które powszechnie jada się w Korei. I to właśnie o nich Wam dzisiaj opowiem.


Z pozoru niewinnie wyglądająca ryba fugu może okazać się zabójcza... Źródło

Pierwsza ze śmiercionośnych potraw to jakiekolwiek danie z mięsa ryb z rodziny rozdymkowatych, znanych na całym świecie pod ich japońską nazwą – fugu, a w Korei jako bogeo (복어). Dania z fugu uznawane są za najbardziej niebezpieczne na świecie. W tkankach ryb rozdymkowatych występuje bowiem tetrodotoksyna – trucizna 200-krotnie silniejsza od cyjanku. Szacuje się, że ilość tetrodotoksyny zawartej w organizmie niektórych ryb z tej rodziny wystarcza do zabicia 33 dorosłych mężczyzn! Tetrodotoksyna to szybko działająca neurotoksyna, która nie ulega dezaktywacji podczas gotowania. Pierwszym objawem zatrucia jest delikatne mrowienie na języku, a w kilka godzin potem dochodzi do porażenia mięśni (w tym oddechowych) i do zgonu – nierzadko przy do końca zachowanej świadomości. I uwaga – na tetrodotoksynę nie ma antidotum!

Brzmi przerażająco, nieprawdaż? Dlaczego więc ludzie jedzą fugu? Z pewnością są tacy, którzy robią to głównie po to, by mieć się czym pochwalić się przed znajomymi, odhaczyć kolejną pozycję na swojej bucket list, itp. Ale koneserzy cenią fugu przede wszystkim z uwagi na jej bardzo delikatne mięso. I wbrew pozorom, liczba zatruć ze skutkiem śmiertelnym wcale nie jest aż tak duża – w Japonii po spożyciu fugu umierają przeciętnie dwie osoby rocznie, przy czym zwykle nie są to klienci restauracji, lecz nieszczęśnicy którzy sami próbowali przygotować tą rybę w domu.


Na Jukdo Market w Pohang bogeo, czyli fugu można kupić bez problemu...

W czym więc tkwi sekret, że ta potencjalnie zabójcza ryba wcale aż tak zabójcza nie jest? Po pierwsze, we właściwej identyfikacji. Zawartość tetrodotoksyny jest bowiem zmienna gatunkowo i osobniczo, a także zależna od pory roku (najwyższa w okresie godowym). Spośród kilkudziesięciu gatunków bogeo występujących w morzach otaczających Koreę, aż 21 uznaje się za stosunkowo mało toksyczne. Podobno zawartość tetrodotoksyny można też oszacować po wyglądzie zewnętrznym ryby (przede wszystkim kolorze skóry), a także na podstawie zabarwienia jej mięśni. Kolejna kwestia to odpowiednie przygotowanie. Choć tetrodotoksyna występuje w całym organizmie fugu, w zabójczych dla człowieka stężeniach jest obecna w organach wewnętrznych (przede wszystkim – w jajnikach i wątrobie), a w przypadku niektórych gatunków również w skórze. To właśnie dlatego kucharze pracujący w japońskich i koreańskich restauracjach specjalizujących się w daniach z fugu muszą posiadać odpowiednie certyfikaty potwierdzające ich umiejętności w zakresie przygotowania tych śmiercionośnych ryb.

W Japonii fugu jest uznawana za rarytas i dania z niej są bardzo drogie (jak wszystko w Japonii 😈). Japończycy jedzą mięso fugu przede wszystkim na surowo, jako sashimi. W Korei natomiast, szczególnie w miastach nadmorskich – takich jak nasze – bogeo jest znacznie tańsza, a restauracje serwujące przygotowane z niej dania można znaleźć jeśli nie na każdej, to prawie na każdej ulicy. Inaczej niż w Japonii, bogeo jest jedzona w Korei przede wszystkim na ciepło, najczęściej w zupie (a jakże – zauważcie, że w Korei prawie wszystko je się w zupie 😆), z dużą ilością kiełków fasoli mung i zielonych warzyw. Właśnie w takiej postaci, jako bogeoguk (복어국) miałem okazję jeść tą rybę jesienią zeszłego roku. I wcale nie dziwię się jej koneserom – mięso bogeo okazało się bowiem naprawdę delikatne. Ale muszę przyznać, że choć w trakcie jedzenia nie poczułem słynnego mrowienia na języku którym tak ekscytuje się wielu konsumentów fugu, to od czasu do czasu brałem głęboki wdech, żeby sprawdzić czy moje mięśnie oddechowe wciąż pracują normalnie…


A tak wygląda bogeo w zupie, czyli bogeoguk...

O ile w przypadku pierwszej z opisanych przeze mnie „śmiercionośnych” potraw przyczyną ewentualnego zgonu może być naturalnie występująca toksyna, o tyle w przypadku drugiej do śmierci może doprowadzić… ludzka głupota. Koreańczycy uwielbiają świeże owoce morza. A po czym poznać, że są naprawdę świeże? A chociażby po tym, że wciąż się ruszają! Tak jest właśnie w przypadku nakji (낙지) – małych ośmiorniczek, które czasem jedzone są żywe, jako sashimi – w całości lub chwilę po pokrojeniu na mniejsze kawałki. Nie bardzo rozumiem, dlaczego ruchliwe sashimi z ośmiorniczek, po koreańsku zwane sannakji (산낙지), czyli dosłownie "żywe ośmiorniczki", miałoby być lepsze od nieruchomego. Co więcej, może okazać się zabójcze! Zdarza się bowiem, że podczas próby jej przełknięcia, ośmiorniczka przytwierdza się przy pomocy przyssawek w gardle konsumenta, co może skutkować zachłyśnięciem i uduszeniem. W Korei do zgonu w wyniku zachłyśnięcia sannakji dochodzi średnio sześć razy w ciągu roku. Hmm… jeśli stanąłbym przed koniecznością wyboru, zdecydowałbym się na zupę z fugu – nawet własnoręcznie złowionej i przygotowanej! A jednak inni wciąż wolą sannakji:



Tyle o śmiercionośnych daniach. Ja jednak nadal będę obstawał przy mojej teorii, że najbardziej zabójczą potrawą jest schabowy z kapustą w monodiecie…

środa, 7 marca 2018

W metalowej misce...


Jeśli kiedyś byliście w Korei, albo przynajmniej raz zajrzeliście do mojego albumu ze zdjęciami koreańskich potraw na Instagramie (w co głęboko wierzę), to na pewno zwróciliście uwagę że Koreańczycy przy jedzeniu korzystają z metalowych pałeczek, a nierzadko używają również metalowych misek czy nawet kubków.


Bibimbap najlepiej smakuje z metalowej miski...

Skąd to zamiłowanie do metalu? Istnieje na ten temat wiele teorii. Według pierwszej z nich, w zamierzchłych czasach koreańscy władcy używali pałeczek wykonanych ze srebra, by… uchronić się przed otruciem. W następstwie kontaktu z wieloma związkami chemicznymi srebro ciemnieje; właśnie dlatego wykonane z niego pałeczki miały służyć jako detektor ewentualnej trucizny dodanej do królewskiego pożywienia przez któregoś z przeciwników władcy. Ile w tej historii jest prawdy, nie mam pojęcia. Faktem jest natomiast, że w przeszłości pałeczki wykonane ze złota, srebra czy chociażby mosiądzu były w Korei jednym z wyznaczników statusu społecznego. Bo kto bogatemu zabroni?


Ale czy na pewno – a tak twierdzi wielu Koreańczyków – obecnie pałeczek ze stali nierdzewnej używa się przede wszystkim po to, by podkreślić królewski rodowód narodu koreańskiego i jego wyższość nad ludami używającymi pałeczek drewnianych? Śmiem wątpić. Metalowe utensylia kuchenne rozpowszechniły się w Korei w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku i zbiegło się to z rozwojem krajowego przemysłu metalurgicznego. Metalowe pałeczki są trwalsze od drewnianych, co przy stosunkowo niewielkim koszcie surowca użytego do ich wytworzenia sprawia, że ich eksploatacja bardziej się opłaca. Są też łatwiejsze do utrzymania w czystości niż drewniane czy bambusowe, nie wchodzą w interakcje ze składnikami potraw, nie chłoną ich zapachów, ani nie zmieniają koloru. Gdyby w Korei używano drewnianych pałeczek, zapewne po niewczasie nabrałyby one czerwonego zabarwienia gochugaru, a wszystkie jedzone nimi potrawy miałyby mniej lub bardziej wyczuwalny aromat kimchi


... a w przypadku bibimnaengmyeon jest ona wręcz niezbędna!

Choć metalowe pałeczki znajdziecie w każdym koreańskim domu, to raczej nikt nie nakarmi Was tu z metalowej miski, ani nie poda wody do picia w metalowym kubku. Natomiast w typowej koreańskiej restauracji jest to bardziej niż prawdopodobne! Decydują o tym te same względy praktyczne co w przypadku pałeczek. Poza tym, metalowe naczynia się nie tłuką, dłużej trzymają ciepło potraw które powinny być podawane na gorąco, oraz zapobiegają zbyt szybkiemu ogrzewaniu się tych które należy jeść na zimno. A zanim rozpocznie się pora lunchu, a wraz z nią inwazja wygłodzonych Koreańczyków, zapobiegliwi restauratorzy przygotowują spory zapas gotowanego ryżu i porcjują go do niewielkich metalowych (a jakże!) pojemników z wieczkiem, w których jest potem serwowany. Dzięki temu ryż pozostaje ciepły i nie ma ryzyka, że mogłoby go w kluczowym momencie zabraknąć…

Mam nadzieję, że gdy po przeczytaniu tego wpisu odwiedzicie koreańską restaurację, nie będziecie zachodzili w głowę, dlaczego zamówione potrawy podano Wam w psiej misce, lecz skupicie się na kontemplacji bogactwa ich smaku 😈

poniedziałek, 5 marca 2018

Wiosna, ach to (prawie) ty!


Po ubiegłotygodniowym huraganie, w weekend temperatury w Pohang wzrosły do 15-17 stopni i choć na najbliższy tydzień zapowiadane jest przejściowe ochłodzenie, to w powietrzu czuć już wiosnę. Pora więc napisać, jak wygląda ta pora roku w Korei.


Wiosna w Korei to przede wszystkim czas kwitnienia wiśni. Źródło

Pierwszym zwiastunem koreańskiej wiosny są rozkwitające krzewy forsycji. Według meteorologów, na najdalej na południe wysuniętym skrawku Korei – wyspie Jeju – forsycje zakwitną w tym roku już za nieco ponad tydzień, a około 16-19 marca będziemy się nimi mogli cieszyć również w Pohang. A kilka dni po forsycjach powinny zacząć rozkwitać niezwykle popularne w Korei krzewy azalii i zrobi się naprawdę kolorowo 😍


Według specjalnych "kwiatowych" prognoz, wiosna już tuż, tuż! Źródło

Ale w Korei wszyscy wyczekują z utęsknieniem, kiedy zakwitną drzewa wiśniowe. Według pierwszych prognoz opublikowanych w ubiegłym tygodniu przez Koreańską Agencję Meteorologiczną, na Jeju wiśnie rozkwitną około 25 marca, w Busan – 27 marca, w Pohang – 31 marca, a w Seulu – 9 kwietnia. Drzewa w pełnym rozkwicie będzie można podziwiać mniej więcej tydzień później i uwierzcie mi, będzie to widok niesamowity! Będzie to również czas licznych wiosennych festiwali.


Tak wyglądała wiosna w Seulu A.D. 2016...

Zwyczaj podziwiania kwitnących drzew wiśniowych i organizowania z tej okazji specjalnych festiwali przywędrował do Korei z Japonii, gdzie kultywowany jest od blisko 1300 lat. W latach 1910-1945 japońscy okupanci sadzili w Korei drzewa wiśniowe, by również w ten sposób udokumentować swoją dominację. Nie ma się więc co dziwić, że po wyzwoleniu Koreańczycy wzięli odwet na biednych wiśniach i masowo je wycinali. Ostatni raz miało to miejsce nie tak dawno, w 1995 roku, kiedy to w pięćdziesiątą rocznicę wyzwolenia kraju spod okupacji japońskiej wycięto drzewa wiśniowe zasadzone przez Japończyków wokół Pałacu Gyeongbok w Seulu. Na szczęście, do całkowitej eksterminacji wiśni na terenie Korei nie doszło. Co więcej, spora część Koreańczyków wciąż wierzy, że najpopularniejsza w Japonii odmiana wiśni - Yoshino - wcale nie jest rdzennie japońska i pochodzi z wyspy Jeju. I choć prowadzone ostatnio badania genetyczne dowiodły niezbicie, że koreańska i japońska odmiana wiśni nie są ze sobą spokrewnione, tzw. opinia publiczna jak zwykle wie swoje 😈


... a tak wiosna w Pohang A.D. 2017

Gdy zabliźniły się historyczne rany, Koreańczycy uświadomili sobie, że kwitnące drzewa wiśniowe mają sporą wartość komercyjną i przyciągają rzesze turystów. Dlatego każdego roku w okresie kwitnienia wiśni na terenie całej Korei organizowane są specjalne festiwale. Ich pełną listę, wraz z przybliżonymi datami (mogą one ulec zmianie w zależności od faktycznego terminu rozkwitania drzew wiśniowych) znajdziecie na stronie internetowej Koreańskiej Organizacji Turystycznej. Ale żeby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe, niekoniecznie trzeba wybrać się na któryś z festiwali i rozpychać się łokciami w tłumie turystów. Równie pięknie kwitnące wiśnie można znaleźć na najbliższym skwerze czy w parku. Niedaleko mieszkania, które wynajmowaliśmy w Seulu przepływała niewielka rzeczka o bliżej nieokreślonej nazwie, której brzegi obsadzono szpalerami drzew wiśniowych. Spacer takim bladoróżowym korytarzem już chyba zawsze będzie mi się kojarzył z koreańską wiosną!

A po spacerze wśród szpalerów drzew wiśniowych można wybrać się do kawiarni Starbucks, gdzie w tym roku zapewne znowu będzie serwowana obrzydliwa Cherry Blossom Latte 😝 Ale to i tak jedyny „smak” wiśni, jakiego skosztujecie w Korei – rosnące tu drzewa wiśniowe w znakomitej większości zaliczają się bowiem do odmian ozdobnych!